Out of Office: South of France - Travel Diary

Cześć, tu Aga - Brand Managerka BEBE Concept. Dziś zabieram Was 
w pięciodniową podróż po Lazurowym Wybrzeżu.

Południe Francji na początku sezonu ma w sobie coś, co trudno opisać, ale bardzo łatwo poczuć.

Postaram się jednak - słowami zabrać Was tam ze sobą. 

Kwiecień to właśnie ten krótki moment, zanim turyści opanują plaże, parasole zasłonią horyzont, a powietrze zgęstnieje od letniego zgiełku.

Teraz Lazurowe Wybrzeże jest jeszcze trochę “swoje” - łagodne światło, ulice oddychają, a w kawiarniach siedzą głównie miejscowi. 

Przyjechaliśmy tu właśnie po to.
Lazurowe Wybrzeże od zawsze przyciąga tych, którzy gonią za pięknem 
i chyba nie ma w tym nic dziwnego. My też daliśmy się przyciągnąć. Wyjazd zaplanowaliśmy m.in. z myślą o Rolex Monte-Carlo Masters - jednym z najbardziej ikonicznych turniejów tenisowych świata, który co roku w kwietniu buduje klimat, jakiego nie znajdziecie nigdzie indziej.

Nicea - pierwszy przystanek

Samochód zostawiliśmy w wyznaczonym miejscu i zadzwoniliśmy po golfcarta. Tak zaczęła się nasza przygoda z tym miastem i z hotelem, który zrobił na mnie wrażenie jeszcze zanim zdążyłam rozpakować walizkę.



Hôtel du Couvent to dawny XVII-wieczny klasztor na wzgórzu, który przez dekady stał pusty. Projekt trwał dziesięć lat i ukończono go nieco ponad rok temu. Od tamtej pory piszą o nim wszyscy. I słusznie. Kamienne ściany, ciche korytarze, przemyślany każdy detal, a jednocześnie zero przesady.

Pierwszą noc spędziliśmy spokojnie - w pokoju z widokiem na zielone patio, przy otwartym oknie, z dźwiękami miasta gdzieś daleko w tle.

Dzień w Monako: Rolex Monte-Carlo Masters

Monako od Nicei oddalone jest zaledwie 45 minut drogi. Jadąc, z okien samochodu widzieliśmy francuskie wille zawieszone na stokach i błękit morza przebijający się między domami.

Przywitały nas chmury, ale na Court Rainier III pogoda szybko schodzi na drugi plan. Atmosfera turnieju jest jedyna w swoim rodzaju: z trybun 
z jednej strony rozciągają się pasma gór, z drugiej morze, które wydaje się nie mieć końca. Między kolejnymi gemami słychać brzęk lodu w szklankach i szmer rozmów prowadzonych w pięciu językach jednocześnie.

Rolex Monte-Carlo Masters to legendarny turniej - co roku w kwietniu na kortach rywalizuje elita światowego rankingu, walcząc o jeden z dziewięciu tytułów ATP Masters 1000, najbardziej pożądanych trofeów w tenisie, zaraz po Wielkich Szlemach.

Po turnieju przyszedł czas na spacer po Monako i późny lunch. Zarezerwowałam stolik w Zephyr - restauracji, która podbiła serca londyńczyków w swojej pierwszej lokalizacji i przepis na sukces zabrała ze sobą dalej. Greckie sharing plates z twistem, intensywne kolory i świetny design - miejsce, w którym naprawdę chce się przebywać.

Powrót do Nicei

Wróciliśmy do du Couvent na herbatę i tarte aux noix, a potem weszliśmy przez ogrody na sam szczyt wzgórza - gdzie znajduje się hotelowy basen z widokiem na panoramę miasta. Muszę dodać, że trafiliśmy akurat na golden hour!

Na kolację zatrzymaliśmy się zupełnie przypadkowo i był to jeden z tych lepszych przypadków. Comptoir du Marché w samym sercu Starego Miasta, przy słynnej rue du Marché. W środku wszystko, co we francuskim bistro najlepsze: drewniany kontuar, vintage'owe oświetlenie, menu napisane kredą na tablicy i zdobione sztućce znalezione na pchlich targach.

Zamówiliśmy klasyki: country style pâté, mięsne danie główne, którego nazwy nie zapamiętałam i crème brûlée na koniec. Przy stolikach siedzieli głównie lokalni mieszkańcy i francuscy turyści. Żadnego turystycznego performansu. Po prostu dobra kolacja we właściwym miejscu.

Saint-Tropez, czyli “la dolce vita” po francusku

Rano wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy dalej na zachód. Saint-Tropez przywitało nas  inaczej - spokojniej, jakby miasto dopiero zaczynało żyć. Wszędzie widać było przygotowania do sezonu - kelnerzy rozkładający krzesła, remonty w butikach, jachty wracające do portu.

Zrobiliśmy “check in” w Hôtelu La Ponche - dawnym domu rodzinnym z widokiem na zatoczkę La Ponche,tę samą, którą świat poznał dzięki Brigitte Bardot i kultowej ekranizacji "I Bóg Stworzył Kobietę". Wnętrza zaprojektował Fabrizio Casiraghi i czuć w nich dokładnie to, co powinno się czuć w Saint-Tropez: lekkość, wolność i spokój. Dostaliśmy pokój nazwany na cześć francuskiego aktora Michela Galabru - z widokiem na morze i taras restauracji, z której dobiegał gwar wieczornych rozmów.

Po rozpakowaniu poszliśmy na spacer do portu. Jachty stały zacumowane, jakby czekały na właścicieli, którzy przyjadą za kilka tygodni, a w powietrzu był jeszcze charakterystyczny dla początku sezonu chłód.

Saint-Tropez to miasteczko dla tych, którzy lubią chodzić bez dokładnie obranego celu - dwa razy w tygodniu odbywa się tu wielki targ, a między wąskimi uliczkami ukrywają się butiki niszowych i luksusowych marek. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Nie mogliśmy wylądować nigdzie indziej, niż w Sénéquier - kultowym miejscu przy samym porcie, które z daleka przykuwa wzrok: czerwone stoły i krzesła, zimne rosé i jedyne w swoim rodzaju tarte tropézienne. Ten deser to właściwie obowiązek.

Club 55

Kolejnego dnia mieliśmy rezerwację w Le Club 55 - słynnej restauracji na plaży Pampelonne w Ramatuelle, która jest niemal częścią folkloru Saint-Tropez. Istnieje od 1955 roku i przez dekady przewinęły się tu największe nazwiska świata: Brigitte Bardot, Bono, Leonardo DiCaprio, Elton John, Sylvester Stallone.

Klimat tego miejsca tworzą białe stoliki z niebieskimi obrusami, stojące pod drzewami, śródziemnomorskie jedzenie i zero przesady. Zaczęliśmy od świeżych warzyw, potem grillowana ryba i ich własna wersja tarte tropézienne. Na koniec zajrzeliśmy do butiku przy plaży - i oczywiście nie wyszliśmy z pustymi rękami.

Saint-Paul-de-Vence: miasto artystów

Saint-Paul-de-Vence to wąskie kamienne uliczki, niskie łuki, galerie sztuki co krok, perfumerie, mydlarnie i restauracje z tarasami dotykającymi sąsiednich murów. Można poczuć się tak, jakby czas zatrzymał się tu gdzieś w połowie drogi.

Na lunch wybraliśmy się do La Colombe d'Or - rodzinnej auberge istniejącej od lat 20. ubiegłego wieku, która przez dekady gościła Picassa, Matisse'a, Chagalla i Miró. Artyści zostawiali tu swoje prace w zamian za posiłki i długie wieczory. Dziś te obrazy wiszą na kamiennych ścianach - bez gablot, bez tabliczek. Tak jakby zostawili je przyjaciele.

Na początek zamówiliśmy crudités - kosz świeżych warzyw z dipami, klasyk południa Francji, który na początku wydaje się zbyt prosty, żeby robić wrażenie, a potem okazuje się jedną z lepszych rzeczy, jakie można tu zjeść. Marchewki, rzodkiewki, fenkuł, cukinia - wszystko prosto z ogrodu. Potem klasycznie - świeża ryba i coś słodkiego na koniec.

Po jedzeniu rozejrzeliśmy się po wnętrzach hotelu - i zdecydowanie warto. Obrazy na ścianach, ceramika na tarasie, a przy basenie coś, czego nie można przeoczyć: ogromny mobil Alexandra Caldera, zawieszony nad wodą. Calder był stałym gościem La Colombe d'Or - podobno tak bardzo polubił to miejsce, że po każdym pobycie zostawiał kolejną pracę. Na nas to miejsce zrobiło ogromne wrażenie. 

Czas na spacer po miasteczku i podziwianie witryn lokalnych artystów. Wstąpiliśmy do perfumerii Godet - marki z ponad 100-letnią tradycją, której jedyny butik na świecie mieści się właśnie tu, w samym sercu Saint-Paul-de-Vence. Perfumy tworzone z naturalnych składników i kwiatów 
z południa Francji, a każdy zapach to osobna historia.

Antibes - przystanek w drodze powrotnej

Wracając, zatrzymaliśmy się w Antibes. To miasto, które oferuje wszystko naraz: morze, muzea, klimatyczne uliczki i pełne niespodzianek targowiska z vintage'owymi przedmiotami. To właśnie tu, między stosem tkanin i staroci ukazał się nasz idealny perski dywan: jedwabny, piękny 
i... zupełnie niepraktyczny do przewiezienia samolotem. Nie było jednak innej opcji - wrócił z nami. Spoiler: dotarł szczęśliwie do Warszawy.

Ostatni wieczór w Saint-Tropez

Ostatni wieczór w Saint-Tropez spędziliśmy w restauracji, którą od kilku dni widzieliśmy za oknem. W końcu daliśmy się skusić. I zdecydowanie nie żałujemy.

Rano wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na lotnisko. Południe Francji ma to do siebie, że wyjeżdża się z przekonaniem “muszę tu wrócić”. 
I że następnym razem zostanie się trochę dłużej.