Marta's Postcard from Hossegor

Zapraszam Was na wpis o moim rodzinnym wyjeździe na francuskie wybrzeże Atlantyku, gdzie rytm dnia wyznaczają fale, codziennie otacza nas zapach sosnowych lasów, rano witają donośne śpiewy ptaków, 
wieczorem usypia rechot żab, a zamiast stania w korkach jeździ się rowerami. Codzienny pośpiech zmienia się w zwolnione tempo blisko plaży i oceanu. 



Wraz z tymi wspominkami z podróży, chcę podzielić się z Wami pięknymi momentami, a także pokazać Wam bardziej osobistą stronę mojej pracy - z autentycznymi momentami, które tworzą nasze życie i markę od środka. Dla mnie jako współwłaścicielki BEBE łączenie pracy z podróżami to szukanie ciekawych perełek, oraz inspiracji w nowych miejscach i testowanie naszych produktów w różnych scenariuszach.




Miłej lektury! Uściski, 



Marta

Jak to się zaczęło?

Pomysł na taką podróż kiełkował w mojej głowie już od dłuższego czasu. Zależało mi na wybraniu miejsca, gdzie będzie w miarę ciepło wiosną, dzieci będą bawić się w naturze, ja będę miała piękne widoki na home office, a Kuba będzie mógł surfować. Dodatkowo brałam pod uwagę w miarę sprawny dojazd samochodem na miejsce, tak aby bez problemu zabrać psa. Choć krótki lot samolotem brzmi kusząco w porównaniu z 3-dniową jazdą w samochodzie, to jednak nic nie równa się radości podróżowania w komplecie z naszym wyżłem Ozzym.

Na dobry początek nowego roku, pierwszego stycznia zaczęłam z ciekawości szukać pięknych domów na wynajem w okolicy Biarritz. Kuba kilka raz wspominał mi o tym regionie i często rozmawialiśmy, że to fajny kierunek na taki dłuższy pobyt. W momencie gdy zobaczyłam ofertę domu w Seignosse (obok Hossegor) serce zabiło mi szybciej i od razu wiedziałam, że wymarzony wyjazd musi odbyć się właśnie tam. Sprawdziłam nasz firmowy kalendarz i uznałam, że kwiecień będzie idealnym momentem, żeby wyrwać się z Polski na trochę dłużej. Zrobiłam rezerwację i postawiłam moją rodzinę przed faktem dokonanym - kto nie lubi takich niespodzianek? :)

Pierwsze dni oddechu

Przyjechaliśmy do Francji bez większego planu - bardziej po to, żeby złapać oddech i pobyć gdzieś, gdzie życie toczy się wolniej. Taka zmiana widoku za oknem pozwala na nabranie świeżej perspektywy, odkrycie nowych źródeł inspiracji i pielęgnowanie naszych więzi. Totalnie nie wiedzieliśmy też jakiej pogody się spodziewać, bo kwiecień nad oceanem może pisać różne scenariusze… zapakowaliśmy zarówno kostiumy kąpielowe, jak i zimowe kurtki oraz buty (na szczęście korzystaliśmy głównie z naszej letniej garderoby). 

Ten wyjazd to dla nas coś więcej niż chwila oddechu - to też trochę eksperyment, który pozwolił nam sprawdzić jak wyglądałoby życie w innym otoczeniu, z edukacją domową dzieci i pracą zdalną. Co ciekawe, jak się okazuje - życie w rytmie slow nie musi oznaczać zaniedbywania codziennych spraw i obowiązków szkolnych. Odrabianie lekcji zajmowało Tadeuszowi i Wandzie maksymalnie 2h dziennie, a kiedy my musieliśmy nieco więcej popracować, dzieci spędzały czas na czytaniu książek, zabawach w basenie, graniu w tenisa w ogrodzie, czasem też sprzeczkach - wiadomo ;). Kiedy razem z Kubą załatwiliśmy już wszystkie calle, maile i bieżące sprawy - uciekaliśmy z dziećmi na bodyboard, rower, surfing czy zbieranie muszelek na plaży. 

Hossegor - francuska mekka surferów

Hossegor i okolice to francuska mekka surferów w bliskim sąsiedztwie Biarritz i granicy z Hiszpanią. Poza sezonem letnim, jest tam bardzo spokojnie. Jest bardzo bezpiecznie. Ludzie są pozytywni, życzliwi, jeżdżą uśmiechnięci na swoich rowerach elektrycznych z deskami pod pachą. Popołudniami na plaży spotyka się dzieciaki w wieku naszych, które po szkole uczęszczają na grupowe lekcje surfingu. Po plaży biegają radosne psy, więc Ozzy też był w raju i zawarł mnóstwo nowych znajomości. 

Nasz dom był oddalony o jakieś 5 min rowerem od plaży, położony
w dzielnicy pełnej pięknej zieleni i innych klimatycznych posiadłości. Oprócz pięknych widoków, Hossegor zachwycała mnie przede wszystkim atmosfera luzu i gościnności, dzięki której naprawdę świetnie się tam czuliśmy. Sama okolica obfitowała w fajne knajpki (szczególnie dla miłośników świeżych ostryg i innych owoców morza), 10 minut rowerem od nas było jezioro gdzie można wypożyczyć łódki, SUPy czy rowery wodne. Nad oceanem jest też oczywiście cała masa szkół surfingu dla dzieci i dorosłych. 

Hossegor zostawiło w nas mnóstwo pięknych wspomnień. To z pewnością dopiero początek naszej przygody z tym regionem Francji.

Okolica warta uwagi

W tym rejonie jest mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia w promieniu max 2h samochodem - jak np. słynne Biarritz, które perfekcyjnie łączy elegancję i surferski klimat. Przepiękne miasteczko Saint Jean De Luz, hiszpańskie San Sebastian czy Bilbao.

Dla osób nieco mniej szalonych, które niekoniecznie chcą przejeżdżać pół Europy zapakowani po sufit ;), jest z Polski dużo dobrych połączeń lotniczych do Bilbao. To idealny kierunek na szybki city break nad oceanem z opcją odwiedzenia wielu pięknych miejsc w okolicy.

Biarritz

W Biarritz spędziliśmy tylko jeden dzień i był to akurat najcieplejszy moment całego wyjazdu. Jak tylko dojechaliśmy byłam oczarowana atmosferą tego miejsca. Piękne, eleganckie ulice, domy, stare luksusowe hotele, a jednocześnie wszechobecni surferzy, widoki jak z pocztówki i klimatyczne lokalne knajpki.
Z uwagi na dość duży upał pierwsze kroki skierowaliśmy na plażę, aby schłodzić psa. Później odwiedziliśmy akwarium z widowiskowymi meduzami i innymi stworzeniami morskimi. Dzieci były zafascynowane. Na lunch wybraliśmy Bar Jean - kultową kanajpkę z pysznymi tapasami, powstałą w 1930 roku. Do Biarritz na pewno wrócimy na dłużej bo zdecydowanie czujemy niedosyt.

Saint Jean De Luz - obowiązkowy przystanek

Saint-Jean-de-Luz to urokliwe baskijskie miasteczko na południowo-zachodnim wybrzeżu Francji, którego historia sięga średniowiecza. Przez wieki było ważnym portem rybackim i miejscem działalności baskijskich korsarzy. Właśnie tutaj odbył się ślub króla Ludwika XIV z hiszpańską infantką Marią Teresą.

W Saint Jean De Luz trzeba odwiedzić legendarną cukiernię Maison Adam, która słynie z makaroników wypiekanych tam od 1660 roku - są obłędne! Inną atrakcją miasteczka jest przyjacielski delfin zamieszkujący lokalną zatokę, który dość często daje się zobaczyć turystom. Moim znaleziskiem jest też cudowny sklepik z antykami, starymi obrusami, oraz wielkim wyborem starych bieliźnianych koszul i halek.

San Sebastian - tuż za granicą na kawę i sernik baskijski

San Sebastián to prawdziwa perełka Kraju Basków - miasto, które zachwyca ciekawą architekturą, szeroką plażą La Concha i wyjątkową atmosferą.

To miejsce słynie nie tylko z pięknych widoków, ale też z jednej z najlepszych kuchni w Hiszpanii. Lokalne pintxosy, świeże owoce morza i klimatyczne bary sprawiają, że każdy spacer po starówce zamienia się w kulinarną podróż.

Wizytę w San Sebastian zaczęliśmy od odwiedzin kultowego surf shopu Pukas. Tuż obok znajduje się kawiarnia Bassk ze smaczną kawą i słodkościami. Polecam Wam ich genialny sernik baskijski (najlepiej w wersji czekoladowej). Na lunch warto wybrać się do La Cuchara De San Telmo - do wejścia stoi kolejka, ale szybko się przesuwa (warto zaczekać :)). 

Nie zapomnijcie potem o spacerze na szczyt góry Monte Urgull. Rozciąga się stamtąd piękny widok na zatokę La Concha i całe miasto.

Marta Urbańska

Founder of BEBE Concept